Następny przystanek: Wesele

Mój stosunek do Krakowa jest – nazwijmy to – ambiwalentny. Z jednej strony to miasto, któremu poświęciłem lekko licząc 1/3 życia, z którym się jakoś dogaduję, które jest na swój sposób także trochę moje. Z drugiej jednak strony, Kraków to również gigantyczny nierozczesany kołtun, ocean pretensji, miasto ludzi, którzy z okazji wesela założą sobie stronę na facebooku z niezaprzeczalnie eleganckimi zdjęciami, choćby taką:

 

Bez tytułu

 

Oh wait, na zdjęciach nie powinno być dwu panów młodych!

Mimo że z ludźmi na fotografii dzieli mnie w sensie społecznym i światopoglądowym bardzo wiele, odczuwam do nich szacunek i coś w rodzaju wdzięczności. Wdzięczności np. za to, że mieli odwagę zrobić to, co zrobili, właśnie w ich środowisku. Jeden z “panów młodych” ponad rok temu napisał do Gazety Wyborczej list pod tytułem Jestem tradycjonalistą. Jestem Polakiem. Jestem gejem. Brzmi to co najmniej tragikomicznie, zwłaszcza dla osoby takiej jak ja, która aby zaakceptować swoją orientację musiała odciąć się od konserwatywnych, tradycyjnych korzeni. 

Można powiedzieć, że i mnie i geja-tradycjonalistę ze zdjęcia Bóg doświadczył w specyficzny sposób. Prawdopodobnie gdyby nie drobny szczegół w postaci orientacji seksualnej obaj bylibyśmy mainstreamowymi normalsami, którzy nie wiedzieliby o co tym cholernym mniejszościom chodzi. Bycie w nieakceptowalnej społecznie mniejszości naprawdę otwiera oczy.

A jednak mimo niewątpliwego podziwu, mam także wątpliwości.

Kto jedzie krakowską “ósemką” do Bronowic Małych ma szansę usłyszeć komunikat: Następny przystanek: Wesele. Nie słychać jednak po nim niestety formuły Możliwość przesiadki na inne linie tramwajowe i autobusowe. Innymi słowy, niedobrze by było, gdyby na tym weselu się zakończyło. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że to wydarzenie będzie prezentowane jako akceptowalne zachowanie gejów i stawiane w kontrze do skandalicznych wybryków tych degeneratów z piórkiem w tyłku. Zresztą już się zaczęło:

Kataryna

 

 

 

 

 

Advertisements

Dobre czasy

Inspiracją dla niniejszej notki była rozmowa z panem Robertem Tekielim na Twitterze, która zaczęła się tak:

tragedia2

To bardzo charakterystyczne dla białych, heteroseksualnych mężczyzn, mieszkających w Europie, że nie wiedzą o co tym homoseksualistom chodzi. Przecież wystarczyłoby się nie afiszować ze swoim homoseksualizmem, a wszystko byłoby ok. Przy czym to “ok” może być rozumiane jako “nie wsadzenie do więzienia”.

Bez tytułu

Homoseksualizm jest istotnym elementem mojej tożsamości, czy sobie tego życzę, czy nie. Jest częścią mojego “ja” jeszcze bardziej niż choćby polskość. Proszę sobie więc wyobrazić, że mianem “dobrych czasów” dla Polaków określilibyśmy takie, kiedy wystarczyłoby się z polskością nie afiszować i przeżywać ją prywatnie. Można myśleć w języku polskim, ale nie można się po polsku odezwać.

Dobre czasy.